Ot, tak sobie myślę, że dobrze jest być VIP-em. Skąd to wiem? Z życia. Spotkałem raz
VIP-a. Opowiem jak to było od samego początku.
Jest druga połowa października 1987 roku. Jestem w Warszawie i czekam na samo-
lot PLL LOT do Rzeszowa. Ponieważ mam ponad godzinę czasu do odlotu, siedzę w pocze-
kalni krajowej, po odprawie pasażerskiej, nad filiżanką kawy i zastanawiam się, właściwie co ja
tutaj robię. Mogłem spokojnie sobie siedzieć w domu, w ciepłych pieleszach, a nosi mnie po
świecie jak jakieś licho nie wiedzieć po co i dlaczego. No tak, przyrzekłem Staremu, znaczy się
kapitanowi, że pojadę z nim na uroczyste odznaczenie sztandaru miasta Łańcut jakimś wyso-
kim odznaczeniem państwowym. I co mnie to obchodzi? Moje miasto odznaczają?Żony miasto
rodzinne? Nie. Gdzie Krym, a gdzie Łańcut? Wmawiają ci człowieku, że jesteś kowalem, tylko
bardzo często podkuwasz nie swoje konie. Narobisz się co nie miara, a śmietankę spija zupeł-
nie ktoś inny. Z tej filozoficznej zadumy wyrwał mnie głos zapowiadaczki o moim locie.
Zabieram swoje zabawki i wraz z całą grupą udaję się do samolotu. Z daleka wygląda na
malutką zabawkę, mruczę pod nosem. Z bliska też niewiele większy, stwierdzam półgłosem, co
wywołuje pewne zdziwienie współpasażerów. Musiało wyglądać to dość dziwnie, bo gadam
sam ze sobą, ot w końcu gadam z porządnym facetem. Zajmuję wskazane miejsce, zapinam
pas, dostaję miętusa, co za rozrzutność, hi hi hi chichoczę w duchu, żeby już nie narażać
współtowarzyszy podróży na dziwne miny. Startujemy. Jazda po pasie idzie gładko, siedzę
przy oknie i obser- wuję świat na zewnątrz. Jedziemy coraz szybciej. Cały kadłub zaczyna
wpadać w jakąś dziwną wibrację.
Pogoda taka sobie, chmury dość nisko, kłębiaste, nie rokują niczego dobrego na dalszą
drogę. Wreszcie odrywamy się od ziemi, wibracje nadal wyczuwam, oglądam skrzydłoi wydaje
mi się, że wszystkie nity na skrzydle ruszają się w takt wibracji. Wyraźnie widzę taniec nitów!
Odwracam głowę i próbuję czytać. Płonne marzenie. Bezwiednie zerkam na te nity, a one na-
dal tańczą! Samolot wchodzi w chmury. Nic nie widać, wibracje jeszcze większe. Rozglądam
się ukradkiem po sąsiadach, spokój, cisza, gadają, czytają, tylko ja lekko spanikowany. Jasiu,
mówię w duchu do siebie, nie panikuj, reprezentujesz flotę, znaczy się marynarkę. Na dno, (co
ja plotę? Na jakie dno?) nie spadniesz. Wychodzimy ponad chmury.
Co za przepiękny widok. Naprawdę cudo. Słoneczko w pełnej krasie oświetla obłoczki
pod nami. Pierwszy raz chmury są pode mną!!! Wrażenie niesamowite. Patrzę na chmury z
góry! A one rozpościerają się wszędzie dookoła, aż chce się je dotknąć, pogłaskać, poturlać się
w nich, pokoziołkować, no słowem poszaleć, jak czasem to bywa na łące w czasie majówki.
Są tak jednolite i zwarte, że mógłbym po nich chodzić, takie mam odczucie, mógłbym chodzić
po niewidocznej dla oka z ziemi stronie chmur. Nurkujemy w ciemność, nawet nie usłyszałem
komunikatu. Zobaczyłem przed nosem tacę z miętusami i oprzytomniałem. Jak są miętusy,
znaczy się, za chwilę lądujemy. Po wynurkowaniu z chmur ciemno i jakoś smutno, tylko w
dole światła, rząd świateł. He he, myślę sobie, pilot chyba nie pierwszy raz leci, to pewnie trafi
miedzy te światełka. Trafił, ziemi też dotknął, poczułem, niech się tylko zatrzyma tam gdzie
trzeba, to go wycałuję. Z całowania wyszły nici, stewardesy zwinęły całą naszą grupę i popro-
wadziły do dworca, pilota już nie zobaczyłem.
Odprawa, dojazd do miasta, do- jazd do Łańcuta, hotel, kąpiel, w miarę wygodne łóżko, bez
wrażeń. Normalka. Rano spotykam swojego kapitana Witolda B. na śniadaniu. Ustalamy strój
na dziś, oczywiście mundury i umawiamy się w holu na godzinę 1000. Wystrojeni idziemy na
uroczystą akademię do Domu Kultury. Jako ważnych, honorowych gości sadzają nas w
pierwszym rzędzie. O małej dyskretnej drzemce nawet nie ma co marzyć. Jesteśmy widoczni,
bo inni, wystrojeni w mundury oficerów marynarki handlowej. Trzeba to przeżyć, mruczę pod
nosem. Kapitan reaguje tylko wesołymi iskierkami w oczach, oblicze - to chodząca powaga.
Zaczęły się mowy i przemowy, o wszystkim i o niczym, jak to bywa przy takich okazjach,
każdy chciał mówić, mało kto chciał słuchać, udekorowano sztandar miasta, i tak dobrnęliśmy
do końca części oficjalnej. W części artystycznej wierszyki, piosenki, dzieci, zespoły ludowe,
klasyka. Organizatorzy proszą najbardziej honorowych z honorowych na obiad do pałacu.
Oczywiście idziemy. Proszą, to się nie odmawia, tym bardziej, że za dwie godziny mamy oby-
dwaj samolot do Warszawy. Organizatorzy obiecali podrzucić nas na lotnisko do Rzeszowa.
Idziemy. Obiad w Wielkiej Sali Jadalnej pałacu, poczułem się jak za dawnych lat bywało, jak
familiant Potockich, a przynajmniej ostatniego z nich Alfreda III, stół pięknie zastawiony, pełno
służby i my goście z gospodarzami miasta. I tu bomba! Gospodarze między mną a kapitanem
posadzili wiceprzewodniczącego Rady Państwa Kazimierz Barcikowskiego. My przy samej
najwyższej władzy w kraju! Trochę sztućce zadzwoniły mi po talerzu, gdy je brałem do ręki.
Pierwszy raz w życiu dotykam najwyższej władzy. Dosłownie! Myśleliśmy szybko zjeść i wy-
frunąć na samolot, a jak to zrobić teraz? Trudno. Za samą przyjemność obcowania z władzą, i
to taką wielką, rezygnujemy z próby wcześniejszego pożegnania miłych gospodarzy. Okazało
się, że przy stole, ta władza, to całkiem miły, dowcipny człowiek, lekko rrr akcentujący w
trakcie wypowiedzi, niezły gawędziarz potrafiący zajmująco opowiadać. Tak jakoś wymknęło
się kapitanowi, że przez ten obiad, samolot nam do Warszawy ucieknie. To zabieram was do
mojego, stwierdziła władza, zaraz i my lecimy do Warszawy. Władza, to władza, jak mawiał
Roch Kowalski (co prawda mówił Wuj, to Wuj). Mamy transport do Stolicy zapewniony. To
już bez stresów zanurzamy się w gwar rozmów. Dobre, jak to w życiu zawsze bywa, szybko
się kończy. Kończymy obiad i szykujemy się do odjazdu. Ledwo usiedliśmy w samochodzie,
nie, nie z Panem Barcikowskim, bez przesady, w samochodzie ochrony, ruszamy.
Toooooooooooooo była jazda!!!!! Z ulic i drogi wszystkich wymiotło. ??? Tylko my, na peł-
nym gazie, pod samolot na lotnisku. Ludzie, to się jedzie! Co ja mówię, to się frunie. Patrzy-
łem czy są skrzydła! Przy samolocie major składa meldunek, wsiadamy. JAK-40, bo do takie-
go samolotu wsiedliśmy, to przestronna salonka, kanapy, stoliki, no luks. O żadnych pasach
nikt nie wspomina. Start, lot i lądowanie przebiega nam na rozmowie, to tylko niecała godzina
lotu. W czasie rozmowy kilkakrotnie spoglądam na zegarek. Zauważa to Pan Barcikowski i py-
ta czemu tak kontroluję czas? Odpowiadam, że mam z Warszawy samolot do Koszalina i nie
wiem czy zdążę. A o której? No właśnie za godzinę, mówię nieśmiało. Poczekają, krótko
stwierdza nasz VIP. Lądujemy. Samochody czekają pod samolotem. Wyjeżdżamy z lotniska,
wojsko salutuje. Podjeżdżamy pod Port Lotniczy, jak i kiedy znalazłem się w samolocie to sam
do dziś nie wiem. Dość, że wszyscy się gapili co to za ważna persona, na którą czekali z odlo-
tem. Ani odprawy, ani czekania, nic. Ledwo powiedziałem nazwisko, zostałem prawie przerzu-
cony przez barierki i biegiem do czekającego samolotu, bilet odebrała stewardesa. I to był ten
moment gdzie spodobało mi się być VIP-em. Wszystko jest wtedy proste i łatwe, a życie
gładkie. VIP, to ma klawe życie, marzyłem w czasie lotu do Koszalina w trzeszczącym i drga-
jącym samolocie popularnie zwanym Antkiem. Jakże różni się życie VIP-a od szaraczka prze-
konałem się od razu na dworcu kolejowym w Koszalinie. Przeleciałem cały kraj w trzy godzi-
ny, od Rzeszowa do Koszalina, prawie tysiąc kilometrów, a do Kołobrzegu, gdzie mieszkam,
odległego czterdzieści kilometrów czekać miałem na najbliższy pociąg sześć godzin. Sześć go-
dzin! W nocy! W życiu! Z najbliższego postoju biorę taxi i po czterdziestu minutach jestem
już w domu.
I powiedz człowieku jak tu nie być VIP-em?







